Reklama
Partner serwisu

DlaHandlu.pl – wiadomości handlowe, FMCG, ecommerce, franczyza, sieci handlowe

Joanna Erbel: Duża część Polaków jest prawie darmową siłą roboczą dla zagranicznego kapitału

Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego my Polacy godzimy się na to, by tak duża część naszego społeczeństwa była prawie darmową siłą roboczą dla zagranicznego kapitału, czyli firm, które nie płacą w Polsce podatków - mówi Joanna Erbel, miejska aktywistka.
Reklama

Dajemy im wszystko, nie dostając w zamian nic. Polska inwestuje bardzo dużo w tanią siłę roboczą. Bardzo dużo mówi się o parkach technologicznych, ale ich nie widać. Wykształceni ludzie wyjeżdżają. To jest wyzwanie, bo nie wygramy, konkurując tanią pracą. Nie tędy droga. Zawsze na wschód od Polski znajdzie się biedniejszy kraj, gdzie będzie można szyć czy montować taniej. Problemem jest mentalność, czyli przekonanie o tym, że musimy tworzyć tanie miejsca pracy. Albo ogranicza nas przekonanie, że socjal i bezpieczeństwo zawodowe, czyli prawo do umowy o pracę i możliwość pójścia na urlop macierzyński, jest kaprysem. A to przecież standardy europejskie.

Mamy w Polsce różne modele przedsiębiorców, którzy osiągnęli sukces. Z jednej strony mamy Rafała Brzoskę od Inpostu, czyli wzorcowego polskiego start-upu, który zajmuje się głównie rozmontowywaniem usług publicznych, zatrudnianiem ludzi na „śmieciówkach” i wymuszeniem na ludziach darmowej pracy w nadgodzinach. Z drugiej strony mamy Andrzeja Blikle, który prowadzi znaną firmę rodzinną i dla niego jest oczywiste, że ludzie mają swoją godność i trzeba im dobrze płacić.

Ile w Polsce powinna wynosić płaca minimalna?

– Tego nie wiem, ale wiem, że ciekawym rozwiązaniem jest europejski dochód gwarantowany. Polecam rozmowy z ludźmi, którzy przychodzą do urzędów pracy. Nie mają oni bazy, która pozwalałaby im odbić się od dna. Bezpieczeństwo socjalne to coś, co pozwala całej wspólnocie żyć w sposób mniej podatny na wywracanie się.

Dzięki takiemu dochodowi mielibyśmy też wyższy poziom zaufania. Popatrzmy na kraje Ameryki Południowej, gdzie nie dba się o środek. Zwiększają się różnice społeczne, które rujnują zdrowie najbiedniejszym i powodują ogromny stres u najbogatszych, bo czują się cały czas zagrożeni.
Cały czas jesteśmy w wyścigu szczurów. Nie chcę żyć w kraju, w którym cały czas muszę się bać, że jeżeli na sekundę wypadnę z rynku pracy, to już na niego nie wrócę. Chcę żyć w kraju, gdzie mogę urodzić dziecko, które poślę do żłobka, a potem do państwowego przedszkola, w którym znajdą się dzieci z różnych klas społecznych.

W Polsce jest tak, że rozwiązania, które zapewniają wszystkim bezpieczeństwo socjalne, są uważane za idiotyczne. Nie jest za to uznawana za idiotyczną budowa montowni pod Łodzią, do której ludzie wyjeżdżają o 4 rano i do momentu wejścia do zakładu, nie wiedzą, czy w tym dniu będą pracować. Oni nie są w stanie utrzymać swoich rodzin.

Prekariat jest kompletnie pozbawiony głosu, nie może się zrzeszać, jest zbyt zmęczony codzienną walką o przetrwanie, by się organizować, nie głosuje. Ludzie, którzy są najbiedniejsi, najbardziej poszkodowani, mają najmniej siły, by się zmobilizować.

Widzę, że nie uciekniemy od tematu „śmieciówek”. Powinniśmy zabronić zawierania umów cywilnoprawnych?

– Nie w tym rzecz. Umowy cywilnoprawne powstały po to, by wynagradzać określony rodzaj prac, jak np. nakręcenie filmu, wygłoszenie wykładu, poprowadzenie warsztatu. Problem polega na tym, że umowy te stosowane są tam, gdzie występuje stosunek pracy, czyli ma się szefa i pracuje się w określonych godzinach. Wykorzystaliśmy pewne rozwiązanie prawne, które w krótkiej perspektywy może przynosić korzyści, ale w dłuższej – może generować problem w systemie emerytalnym czy zdrowotnym.

Na dłuższą metę chciałaby więc pani usztywniać rynek pracy?

– Niekoniecznie. Chciałabym, by prawo pracy było stosowane. To naprawdę nie jest radykalny postulat. Chciałabym, by osoby, które wykonują stosunek pracy, miały nie tylko obowiązki, ale i swoje prawa. Przecież nie możemy w nieskończoność się oszukiwać.

Wróćmy do stref ekonomicznych. Pani zdaniem mamy w nich wyzysk znany z XIX-wiecznych fabryk?

– To nie jest moje zdanie, ale są na to badania, o których wcześniej mówiłam.

Ten wyzysk w strefach to wina chciwych pracodawców?

– Jeśli mówimy o rynku pracy, to ważne, byśmy przypomnieli sobie, czym jest samorząd. To wspólnota osób zamieszkujących dane terytorium, a rynek pracy ma im dać szansę godnego życia. Powinny mieć czas wolny na budowanie relacji sąsiedzkich, czas i pieniądze na pójście do kina. To bazowe rzeczy, które są kompletnie niedostępne osobom, które pracują w większości specjalnych stref ekonomicznych w Polsce.

Śmieciowe miejsca pracy nas, jako społeczeństwo, bardzo dużo kosztują. Mamy ludzi, którzy regularnie lądują na bezrobociu, młodzi ludzie nie decydują się na dzieci. Bardzo dużo mówi się o niskim przyroście naturalnym w kraju, ale żeby normalnie funkcjonować jako społeczeństwo, musimy mieć podstawowy poziom bezpieczeństwa. Pracownicy na umowach śmieciowych, którzy pracują w warunkach pracy im urągających, w bardzo wielu przypadkach nie mogą się nawet zrzeszyć, bo nie są na etatach, więc nie mogą utworzyć związku zawodowego.

A zatem pani zdaniem samorządowcy w strefach idą na łatwiznę i nastawiają się na najłatwiejsze do ściągnięcia miejsca pracy?

– Myślę, że większość samorządów po prostu nie ma pomysłów na tworzenie miejsc pracy i podąża za modą, jaką są specjalne strefy ekonomiczne. Stoi za tym ideologia, która mówi, że strefy są miejscem, dzięki którym odpowiemy na problem bezrobocia. Okazuje się, że wcale tak nie jest, bo rotacja w SSE, zwłaszcza w montażowniach, jest bardzo duża, łamane są tam prawa pracownicze.

Jak samorządy powinny działać?

– Rola samorządów w tym zakresie jest bardzo duża, mogą np. wprowadzać klauzule społeczne. W momencie, kiedy kryterium ceny nie jest już decydujące, mogą wymagać od wykonawców, by zatrudniali na umowę o pracę. Chciałabym, by polskie samorządy w sposób odpowiedzialny traktowały swoich mieszkańców i mieszkanki, a nie jako darmową siłę roboczą.

Dziś tak nie jest?

– To zależy, gdzie. Sierakowice są prawdopodobnie jedynym miejscem w Polsce, gdzie nie ma żadnego marketu, działają tam same lokalne sklepiki. W Dobrym Mieście pod Olsztynem burmistrz próbuje zachować równowagę pomiędzy liczbą osób napływowych, które kupują tam ziemię, a lokalną społecznością. Robert Biedroń powołał niedawno radę ds. zrównoważonego rozwoju i zielonej modernizacji. Jest tam kładziony nacisk nie tylko na szukanie stabilnych miejsc pracy, ale też obniżanie kosztów życia. Chodzi o to, by uczyć, w jaki sposób ogrzewać mieszkania, by nie płacić nadmiarowo, czy jak tworzyć lokalne miejsca pracy, by nie trzeba było daleko dojeżdżać.

Problemy na rynku pracy będą się powiększać z powodów demograficznych.

– Zgadza się. Dlaczego Polki nie rodzą dzieci? Bo ich na to nie stać. Jeśli więc mamy wybudować kolejną autostradę, stadion czy aquapark, zainwestujmy w przedszkola i szkoły, urlopy macierzyńskie. Postawmy na budownictwo komunalne. Polityka mieszkaniowa w ostatnich 25 latach polegała głównie na oddaniu pola wolnemu rynkowi. Deweloperzy mieli ogromne zyski napędzane rządowymi programami dopłat.

więcej: pulshr.pl

 

 

Reklama

Lista tagów

Zobacz komentarze (7)

Proszę podać imię
Proszę wpisać treść komentarza
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum