Reklama
Partner serwisu

DlaHandlu.pl – wiadomości handlowe, FMCG, ecommerce, franczyza, sieci handlowe

Marek Piechocki ma czego żałować. Ale ma też nowy plan dla LPP

O konsekwencjach pandemii, wojny na Ukrainie, o inwestycjach, strategii rozwoju i zarządzaniu firmą zatrudniającą ludzi na całym świecie, rozmawiamy z jej prezesem i współzałożycielem, Markiem Piechockim.
Reklama
  • Komu i za ile? Wiele osób zadaje sobie dziś pytanie, kto kupi rosyjski biznes LPP i jaki będzie koszt tej transakcji.
  • Jeśli pani zapyta, czy byliśmy przygotowani na to, co dzieje się obecnie, to odpowiedź brzmi "nie". Mentalnie nie wydawało nam się możliwe, że coś takiego się zdarzy, że 70 lat po wojnie będziemy mieli nowy konflikt zbrojny... Nie byliśmy przygotowani ani do wybuchu konfliktu, ani do tego, że stracimy 25-30 proc. naszych sklepów - mówi Marek Piechocki.
  • Dla LPP pewne jest, że uszczupli swój stan posiadania: "Stracimy setki milionów, ale pogodziliśmy się z tym, wpisaliśmy to w potencjalne straty. Większym problemem jest to, że buduje się coś przez 20 lat i nagle trzeba się z tym pożegnać".
  • Każdy koniec oznacza jednak nowy początek. Co planuje Marek Piechocki i jego LPP, jakie emocje towarzyszą tym planom? O tym w wywiadzie dla WNP.PL.

Panie Marku - "prezesa" pan nie lubi - czy pan dobrze sypia? Ja, z każdą podwyżką raty kredytu, coraz słabiej - a pan ma na głowie więcej zmartwień…

- Nigdy nie miałem problemów ze snem - może po prostu szybko śpię (śmiech). Ale mówiąc poważne: czasy są trudne i tak, jak panią przejmuje wysokość rat kredytu, tak mnie martwi fakt, że za miedzą mamy wojnę - i to wywołuje pewien rodzaj niepokoju; tutaj nie różnię się szczególnie od reszty społeczeństwa.

Turbulencje, których - niestety - mieliśmy ostatnio dosyć dużo, bo na początku 2020 r. COVID 19, teraz wojna i jej wpływ na biznes, w którym mieliśmy dość duży udział (w Rosji blisko 600 sklepów, w Ukrainie ponad 150), nie pozwalają spokojnie spać.

To kolejna już nasza rozmowa. Pamiętam, jak podczas jednej z poprzednich mówił pan, jak ważna w prowadzeniu takiego biznesu jest umiejętność przewidywania kryzysów. O ile kryzys rzeczywiście można przewidzieć, o tyle trudniej już określić jego skalę… Tymczasem najpierw była pandemia, a teraz trwa wojna na Ukrainie i jej bolesne konsekwencje.

- To nie tak, że byliśmy tak przewidujący, by akurat przewidzieć pandemię, każdy natomiast przedsiębiorca - mniej więcej co 10 lat - powinien być przygotowany na kryzys. Poprzedni zdarzył się w 2009 r.; nie jest wielką filozofią dodać 10 lat i założyć, że kolejny będzie w 2019 lub 2020 r...

Ponieważ spodziewaliśmy się kryzysu, już od 2018 r. zaczęliśmy kumulować duże kwoty i - w efekcie - gdy kryzys nadszedł, byliśmy do niego względnie przygotowani. Dzięki temu wyszliśmy z niego dość mocni.

Jeśli pani zapyta, czy byliśmy przygotowani na to, co dzieje się obecnie, to odpowiedź brzmi "nie". Mentalnie nie wydawało nam się możliwe, że coś takiego się zdarzy, że 70 lat po wojnie będziemy mieli nowy konflikt zbrojny... Nie byliśmy przygotowani ani do wybuchu konfliktu, ani do tego, że stracimy 25-30 proc. naszych sklepów.

Dotkliwa strata…

- Bardzo, ale - z drugiej strony - trzeba spojrzeć na to tak, że są działania, na które mamy wpływ i takie, na których wpływu nie mamy. Staram się propagować wśród wszystkich, których znam - to dotyczy i moich dzieci, i pracowników firmy - żeby koncentrować się tylko na tym, na co mamy wpływ, a tym, na co wpływu nie mamy, nie umartwiać się za bardzo, nie przejmować.

To, co wydarzyło się w konsekwencji wybuchu konfliktu w Ukrainie, dotknęło nas bardzo poważnie, co najlepiej widać po spadku kursu akcji z kilkunastu do 8 tys. zł. Ale - z drugiej strony - już nieraz wpadaliśmy jako firma w różnego rodzaju turbulencje. Kiedy jednak tak sobie patrzę na jej kondycję, to chyba nie idzie nam najgorzej…

A propos giełdy... Notowania LPP - właściwie poza marcowym odbiciem - od początku roku spadają.

- Nie mam z tym problemu, bo kurs jest pewnym odzwierciedleniem tego, co robią zarządy firm; zresztą w tej chwili wszystkie rynki giełdowe notują spadki. Sądzę, że nasze wynikają stąd, że ci, którzy nas przecenili uznali, że skoro straciliśmy 25 proc. przychodów, to również dla nich będzie to dużą stratą, co wcale nie jest oczywiste.

Staramy się nadrobić nasze straty na nowych rynkach europejskich, będziemy próbowali rozwijać się też w Europie Południowej. Z drugiej strony: myślę, że wiele osób nie ma świadomości, że w tym roku otworzymy największą liczbę 550 sklepów. To ponad jedna trzecia tego, co posiadamy obecnie.

Czas pokaże, jak nam to wszystko wyjdzie... Na razie chyba nie jest źle. Wstępne wyniki za pierwszy kwartał były dwa razy lepsze niż w zeszłym roku.

 

Przeczytaj całą rozmowę na wnp.pl

Reklama

Lista tagów

Zobacz komentarze (0)

Proszę podać imię
Proszę wpisać treść komentarza
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum